Z pamiętnika starego konia - październik 2005


Spójrz, Panie, skóra mi zwisa w strzępach
jak ręcznie tkana, wytarta kapota.
Wyschło źródło radości,
wszystkie moje siły sterałem w ciężkim trudzie.
Teraz mój biedny łeb chwieje się
jak kadzielnica na dnie mej samotności.
Mój Ty Boże,
sztywny grzbiet na opuchniętych nogach,
stoję tutaj przed Tobą,
Twój nieużyteczny sługa.
O, ześlij mi, w bezmiarze swej dobroci,
lekką śmierć! Amen

Carmen Bernos de Gasztold

Tak myślałem, gdy zawieźli mnie w jakieś straszne miejsce, gdzie słyszałem przerażone głosy innych koni, czułem ogromny strach, zapach krwi... choć jeszcze tak niedawno myślałem, że po tak ciężkiej pracy czeka mnie odpoczynek - pachnące siano, woda i kawałek nieba nad głową. Mam prawie 30 lat i miałem ciężkie, pracowite życie. Źle wyglądam - posiwiałem, grzbiet się zapadł, nogi pokrzywiło, gdy idę, to słychać jakby rycerz maszerował w żelaznej zbroi, mięśnie mi drżą, wszystko mnie boli. Zranili mi oko, mało widzę i jakoś tak gorąco mi w środku. Znalazłem tu przyjaciela, przytula się, opiera głowę na moim grzbiecie, jest mi łatwiej, choć wiem , że to koniec, stoję i czekam. Przyszli po mnie, gdzieś mnie wiozą, całe szczęście, że jest ze mną ten mój przyjaciel. Stoimy obok siebie, ale każdy ma swój duży boks. Mam siano, wodę i jakieś takie pachnące, dobre jedzenie w wiaderku - nigdy tego nie jadłem. Mówią do mnie Dziadzio albo Oscar. Są tu też konie, ale jakieś inne - nie są przerażone jak tam, ładnie pachną, dobrze wyglądają, radośnie rżą. Idę z nimi na trawę, jest też mój przyjaciel. Czy pozwolą nam tu zostać? Może i dla nas świeci tu słońce?

Lipiec 2008

Minęły prawie 3 lata - mam tu odpoczynek i wielu przyjaciół. Dostaję jeść, mam swój boks i Viktora za sąsiada. Chodzę na pastwisko albo wyglądam sobie przez otwarte drzwi i obserwuję wszystko, co się dzieje, lub oblizuję drzwi z jedzenia, które mi tam spada! Początkowo nie lubiłem ludzi, których tu jest pełno, kobiety jeszcze tak, ale mężczyzn nie - bałem się ich. Jednak z czasem zacząłem rozumieć, że tu jest mój prawdziwy dom, że kocham to miejsce i jestem tu szczęśliwy. Polubiłem też tych ludzi, dzieci, które przynoszą smakołyki i delikatnie dotykają mnie po głowie. Oni też mnie lubią - czeszą, głaszczą, przytulają się, przynoszą marchewkę i takie dobre cukierki - bardzo je lubię. Bardzo o mnie dbają i martwią się moim zdrowiem. W ostatnim czasie schudłem i sił mam już coraz mniej - starzeję się. Często, gdy się położę na noc, to rano nie umiem już wstać, ale zawsze mi pomagają - podnoszą mnie, dają mi też jakieś lekarstwa, zastrzyki i takie zwisające nad głową bańki, z których coś kapie, po tym czuję się lepiej, wraca mi siła do życia i znowu mogę iść na moje ukochane pastwisko. Dzisiaj czuję się wyjątkowo słabo, co chwile muszę się położyć i nie potrafię się już sam podnieść. Przyjechał weterynarz - dał mi te lekarstwa, bańkę nad głową i pomogli mi wstać. Znowu żyję, choć zbliża się noc, idę na moje ukochane pastwisko. Chodzę sobie, skubie trawę, patrzę w niebo - to całe moje szczęście, to mój świat, mój dom - może to już ostatni raz? - muszę się pożegnać. Znowu jest mi słabo, muszę się położyć - idę do boksu, tam patrzy na mnie Viktor, mój przyjaciel. Nastała noc, moje serce szaleje, ktoś tu przy mnie siedzi, głaszcze po głowie, jest mi lżej, że nie jestem sam, bo chcę wstać, ale nie umiem, a chciałbym wstać, chciałbym żyć. Nowy dzień, jestem już bardzo zmęczony, pomagają mi wstać, bardzo się męczą, wysilają, ale nie dają rady ani oni, ani ja. Wzywają weterynarza, przyjedzie i pomoże mi - jest już w drodze - ale ja czuję taką wielką słabość, już nic nie mogę, nie mogę nawet oddychać, chyba nadszedł czas, aby opuścić to miejsce i pójść na inne pastwisko. Do zobaczenia moi przyjaciele.........

Oscarek odszedł od nas na zawsze w dniu, kiedy ratowaliśmy Borutkę, on tez był w rzeźni, widział to wszystko...... pozostaje pytanie: Oscarku czy zrobiłeś miejsce dla Borutki, która przeszła tak wiele jak i Ty? W imieniu Oscarka i naszym pragniemy serdecznie podziękować wszystkich, którzy przyczynili się do tego, ze mógł przeżyć z nami swoje ostatnie lata. Dziękujemy jego opiekunom wirtualnym, którzy wspierali jego utrzymanie finansowo: Paniom Ninie Terentiew Kraśko, Grażynie Mikołajewskiej. Dziękujemy lekarzom weterynarii za opiekę nad Oscarkiem: Pani Bożenie Latocha, Panu Mieczysławowi Hławiczce, który był przy Oscarze praktycznie do ostatnich chwil jego życia. pragniemy podziękować wszystkim, którzy pomagali nam ocalić Oscara z rzeźni w 2005r., a była to dramatyczna walka. Pragniemy również podziękować Danie i Pani Ewie Klimas, które były z nim do ostatnich chwil. Pomagały mu wstawać, smarowały maściami. Dziękujemy naszym pracownikom: Alinie, Ani za opiekę każdego dnia nad nim. Oscarku, nasz kochany staruszku, bądź szczęśliwy za Tęczowym Mostem